W małopolskiej wsi Kuków, położonej w gminie Stryszawa, w samym sercu obszaru Natura 2000 Beskid Mały, od ponad dwunastu lat trwa konflikt, który mógłby być podręcznikowym przykładem systemowej niemocy państwa wobec hałasu przemysłowego. Z jednej strony są mieszkańcy, którzy od 2013 roku dokumentują uciążliwość akustyczną rozrastającego się zakładu meblarskiego. Z drugiej – instytucje, które mierzą i piszą pisma, ale nie są w stanie rozwiązać problemu.
Ta historia nie jest o złej woli urzędników. Jest o systemie, który – być może nieświadomie – został skrojony tak, że chroni emitenta, nie poszkodowanego.
Dwanaście lat w pętli
Wszystko zaczęło się w 2013 roku, gdy Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Krakowie przeprowadził kontrolę interwencyjną zakładu Pacyga Import-Export – producenta mebli dziecięcych, dostawcy m.in. IKEA. Pomiary wykazały przekroczenie dopuszczalnego poziomu hałasu w porze nocnej o 4,6 i 5,4 dB na granicy zabudowy mieszkaniowej. Starosta Suski wydał wówczas decyzję ustalającą dopuszczalne poziomy hałasu: 55 dB w dzień, 45 dB w nocy. Decyzja ta obowiązuje do dziś – mimo że zakład od tego czasu wielokrotnie się rozbudował, zmienił technologię produkcji, dostawił nowe hale i uruchomił produkcję granulatu polimerowo-drzewnego.
W 2022 roku Małopolski WIOŚ przeprowadził kolejną kontrolę. Ponownie stwierdzono przekroczenia w porze nocnej – o 1,7 i 3,9 dB. Wydano decyzję o karze bieżącej, naliczanej od marca 2022 roku. W 2024 roku historia się powtórzyła: przekroczenie nocne wyniosło 4,7 dB. Przy okazji ustalono, że zakład nie wykonywał obowiązkowych pomiarów automonitoringowych w latach 2019, 2021 i 2023 – do czego był zobowiązany decyzją Starosty.
W sierpniu 2025 roku Małopolski WIOŚ przeprowadził jeszcze kontrolę, stwierdzając przekroczenie norm w porze nocnej o 4,1 dB. To czwarte udokumentowane przekroczenie od 2013 roku. Wynik ten postawił pod znakiem zapytania wiarygodność pomiarów przedstawionych przez samego przedsiębiorcę zaledwie trzy miesiące wcześniej — w maju 2025 roku akredytowane laboratorium na zlecenie zakładu wykazało wartości 42,3 i 41,6 dB, czyli pełną zgodność z normami. Rozbieżność pomiędzy pomiarami własnymi zakładu a kontrolą WIOŚ sięgnęła prawie 7 dB — co w skali logarytmicznej oznacza blisko pięciokrotną różnicę w energii akustycznej. Mimo stwierdzonych nieprawidłowości, również w tym przypadku nie skorzystano z narzędzia wstrzymania instalacji wskazywanego przez GIOŚ.
Trzynasty rok problemu. Czwarte potwierdzone przekroczenie. Zero skutecznych działań naprawczych.
„Normalna praca zakładu” – pojęcie, którego nikt nie zdefiniował
Centralnym problemem systemu kontroli hałasu przemysłowego w Polsce jest pojęcie, które pojawia się w każdym protokole pomiarowym, a które nie istnieje w żadnym akcie prawnym: „normalna praca zakładu”. Gdy inspektorzy WIOŚ przyjeżdżają na kontrolę – nawet niezapowiedzianą – muszą ustalić, czy zakład pracuje w typowych warunkach eksploatacji. Od tego zależy wiarygodność pomiaru. Problem polega na tym, że jedynym źródłem tej informacji jest sam kontrolowany przedsiębiorca.
Jak ujawnił Główny Inspektor Ochrony Środowiska w odpowiedzi z marca 2025 roku, wiedza inspektorów o stanie pracy zakładu pochodzi wprost „z informacji udzielonej przez przedstawiciela zakładu” – to on potwierdził, że „nie wystąpiła żadna awaria, pracowały wszystkie wydziały i instalacje”. Rozporządzenie Ministra Klimatu i Środowiska z 7 września 2021 roku – określające metodykę referencyjną pomiarów hałasu – wymaga, aby pomiary wykonywano „podczas pracy instalacji”, ale nie definiuje, co oznacza typowa czy normalna praca. Nie istnieje żadna procedura ustalania i weryfikacji tego stanu.
W praktyce wygląda to tak: inspektor przyjeżdża zapowiedziany lub niezapowiedziany, zastaje zakład w pewnym stanie pracy, pyta przedstawiciela, czy to normalna praca, otrzymuje odpowiedź twierdzącą i wpisuje to do protokołu. Nie ma krzyżowej weryfikacji, nie ma obowiązku prowadzenia przez zakład rejestru uruchomionych maszyn, nie ma mechanizmu porównania z danymi produkcyjnymi. Jak to ujęła jedna z naszych analiz eksperckich: jest to system oparty na zaufaniu do kontrolowanego – co jest systemowym absurdem w kontekście kontrolnym.
Tajemnica handlowa jako tarcza
Sytuacja staje się jeszcze bardziej paradoksalna, gdy weźmiemy pod uwagę, że zakład Pacyga Import-Export zasłania się tajemnicą handlową, odmawiając podania modeli maszyn. WIOŚ nie dysponuje więc niezależnym wykazem urządzeń z ich parametrami akustycznymi. Nie może samodzielnie zweryfikować, czy pracują wszystkie urządzenia, czy tylko ich część.
Tymczasem – jak wykazała analiza ekspercka przeprowadzona dla naszego Instytutu – w dokumentacji środowiskowej zakładu (Kartach Informacyjnych Przedsięwzięcia z lat 2017-2023) szczegółowo wymieniono park maszynowy: centra obróbcze, wiertarki, piły panelowe, frezarki, czopiarki, szlifierki, linie lakiernicze, 8 suszarni, kotłownię, sprężarki i odciągi z hal. Dokumenty te są jawne. Inspektor powinien mieć możliwość weryfikacji stanu pracy zakładu na ich podstawie – ale w praktyce tego nie robi.
Uprawnienie, którego się nie używa
Ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska daje inspektorowi potężne narzędzie: art. 9 ust. 2 pkt 3 pozwala żądać „wstrzymania ruchu lub uruchomienia instalacji lub urządzeń w zakresie, w jakim jest to niezbędne dla przeprowadzenia badań”. To uprawnienie mogłoby rozwiązać problem weryfikacji – inspektor mógłby zażądać uruchomienia wszystkich linii produkcyjnych i zmierzyć hałas przy pełnym obciążeniu.
Małopolski WIOŚ z tego uprawnienia nie korzysta. W piśmie z lutego 2026 roku wprost wyjaśnił dlaczego: wstrzymanie lub dodatkowe uruchomienie instalacji „może nie odzwierciedlać typowej pracy zakładu” i jest „związane często ze zmianą technologii produkcji, niemożliwą do uzyskania na czas trwania badań akustycznych”. Organ dodał również, że grozi mu „nieuzasadnione zwiększenie kosztów pracy zakładu”, do zwrotu których mógłby być wezwany.
Ta argumentacja prowadzi do logicznego impasu, w którym WIOŚ uważa, że nie może nakazać uruchomienia maszyn, bo boi się kosztów. Nie wie, co jest włączone, bo tajemnica handlowa. Wierzy na słowo kontrolowanemu, bo nie ma innego narzędzia. A jednocześnie twierdzi, że pomiary odzwierciedlają normalną pracę. Przepis istnieje, ale jest martwy – a organ kontrolny sam paraliżuje swoje kompetencje z obawy przed pozwem odszkodowawczym ze strony kontrolowanego.
Pomiary – migawka, nie film
Konsekwencją powyższych ograniczeń jest to, że pomiary hałasu przemysłowego mają w istocie charakter quasi-losowy. WIOŚ sam potwierdza, że kontrole mają „głównie charakter interwencyjny” – inspektor nie ma wpływu na to, w jakim reżimie pracy zastanie zakład. Pomiar wykonywany metodą ciągłą obejmuje co najwyżej 8 godzin w dzień lub 1 godzinę w nocy. To akustyczna migawka, nie obraz całodobowej rzeczywistości zakładu pracującego w trybie zmianowym, z różnym obciążeniem w różnych porach.
Mimo tych ograniczeń w 2022 i 2024 roku WIOŚ i tak stwierdził przekroczenia – co paradoksalnie dowodzi, że emisja musi być na tyle wysoka, iż przekracza normy nawet w „przypadkowym” momencie pomiaru. Gdyby zakład balansował blisko granicy dopuszczalnych wartości, system prawdopodobnie by tego nie wychwycił.
Starosta Suski przeprowadził własne pomiary sprawdzające 14 maja 2025 roku. Trwały 35 minut – od 13:10 do 13:45. Nie wykazały przekroczeń w porze dnia. Na podstawie tego jednorazowego, krótkiego pomiaru organ uznał, że problem nie istnieje. To jak mierzenie temperatury gorączki rano i stwierdzenie, że pacjent jest zdrowy, bo akurat w tym momencie termometr pokazał 36,6.
Odmowa pomiarów długookresowych
Lokalna społeczność złożyła do Centralnego Laboratorium Badawczego GIOŚ wniosek o przeprowadzenie pomiarów długookresowych (kilkudniowych), które mogłyby uchwycić pełen cykl pracy zakładu. CLB odmówiło.
Odpowiedź CLB z 28 stycznia 2026 roku jest interwencyjnie dokumentem niezwykle cennym, ponieważ zawiera kilka kluczowych przyznań. Po pierwsze: „metodyka referencyjna nie wprowadza wprost zakazu prowadzenia pomiarów wielodniowych”. Brak regulacji nie jest zakazem – a CLB traktuje go jako zakaz. Po drugie: CLB samo zrealizowało pomiary długookresowe – dwa zlecenia w 2020 roku i jedno w 2023 roku. Po trzecie – i tu dochodzimy do momentu, który powinien zainteresować każdego ustawodawcę – CLB retroaktywnie podważyło wiarygodność własnych wcześniej wykonanych pomiarów, stwierdzając, że „uzyskane wyniki mogą być traktowane wyłącznie jako pomiary orientacyjne i obarczone dużym ryzykiem niewiarygodności”.
Rodzi się pytanie: czy podmioty, wobec których te pomiary wykonano, były o tym informowane? Czy wyniki tych pomiarów były podstawą jakichkolwiek decyzji administracyjnych? I dlaczego argumentacja o niemożności separacji hałasu od tła została użyta wyłącznie w sprawie rzeczonego zakładu w Kukowie, a nie w pozostałych zleceniach – co CLB samo potwierdziło w odpowiedzi ?
Odmowa opiera się na wewnętrznym piśmie Departamentu Inspekcji GIOŚ z 25 października 2021 roku – dokumencie, który nie jest aktem prawa powszechnie obowiązującego w rozumieniu art. 87 Konstytucji RP. Wytyczne departamentalne nie mogą ograniczać uprawnień wynikających z rozporządzenia.
Najbardziej wymowne jest jednak zdanie z wcześniejszej korespondencji CLB, w której Kierownik Oddziału przyznała, że „późniejsze pomiary kontrolne mogłyby nie przynieść oczekiwanych rezultatów, jeżeli w czasie ich realizacji nie wystąpiłyby charakterystyczne warunki pracy zakładu”. Organ państwowy sam przyznaje, że jego własne pomiary mogą nie uchwycić problemu.
Podzielone kompetencje – strukturalna luka
Od nowelizacji ustawy Prawo ochrony środowiska z 23 września 2021 roku funkcje wykrywania i reagowania zostały rozdzielone między WIOŚ a starostwo. WIOŚ kontroluje przestrzeganie warunków istniejącej decyzji o dopuszczalnym poziomie hałasu i nakłada kary za przekroczenia. Ale nie ma kompetencji do nakazania działań naprawczych – bo art. 362 Prawa ochrony środowiska wskazuje jako organ właściwy starostę.
Starosta Suski z kolei odmawia podjęcia działań. W piśmie z maja 2025 roku poinformował radną gminy Stryszawa, że wniosek o zastosowanie środków zaradczych z art. 362 „nie może być uwzględniony”, ponieważ dla zakładu wydano decyzję o dopuszczalnym poziomie hałasu, a dalsze pomiary prowadzi WIOŚ. W piśmie z lipca 2025 roku starostwo dodało, że „przepisy prawa nie nakładają na starostę obowiązków ani nie przyznają kompetencji do wydania decyzji, pozwoleń, zarządzeń pokontrolnych w przypadku przekroczenia wartości dopuszczalnych wskazanych w wydanej decyzji”.
Mamy więc idealną lukę kompetencyjną: WIOŚ kontroluje i nalicza kary, ale nie może nakazać naprawy. Starosta mógłby nakazać naprawę, ale odmawia, bo nie stwierdza przekroczeń w swoich krótkotrwałych pomiarach. CLB odmawia pomiarów długookresowych, które mogłyby dać pełny obraz. Nikt nie jest w stanie zmusić zakładu do pracy na pełnej mocy podczas pomiarów. Każdy organ wskazuje na inny organ jako właściwy. Mieszkańcy zostają z hałasem.
Tonalność, niskie częstotliwości – „zagadnienia akademickie”
Gdy mieszkanka Kukowa zapytała WIOŚ o analizę widmową w pasmach 1/3 oktawy, tonalność, impulsowość i charakterystykę C – zagadnienia kluczowe z punktu widzenia rzeczywistej uciążliwości hałasu przemysłowego – otrzymała odpowiedź, że „wskazane zagadnienia nie mają przełożenia na obowiązujące w Polsce przepisy prawa” i że „mogą mieć charakter teoretyczny lub akademicki”.
Formalnie WIOŚ ma rację – polska metodyka referencyjna opiera się wyłącznie na wskaźnikach LAeqD i LAeqN z krzywą korekcyjną A. Nie wymaga analizy tonalności ani impulsowości. Ale to właśnie stanowi ewidentną słabość przepisów krajowych w stosunku do standardów międzynarodowych. Wentylatory przemysłowe – takie jak te pracujące w tym zakładzie (osiem suszarni w ruchu ciągłym, sprężarki, odciągi z hal) – generują sygnały wąskopasmowe i niskoczęstotliwościowe, które krzywa A systematycznie zaniża. Kraje takie jak Dania, Szwecja, Wielka Brytania czy Niemcy stosują automatyczną korektę +5 dB dla hałasu tonalnego. Polska tego nie robi. W efekcie mieszkaniec odczuwa hałas jako znacznie bardziej uciążliwy, niż wskazują pomiary – bo pomiary mierzą coś innego niż to, co faktycznie jest problemem.
Kara jako koszt prowadzenia biznesu
GIOŚ w piśmie z marca 2025 roku wprost wskazał Małopolskiemu WIOŚ, że dysponuje narzędziem z art. 367 ust. 5 Prawa ochrony środowiska – możliwością wstrzymania użytkowania instalacji w drodze decyzji. Było to związane z tym, że zastosowane wcześniej pouczenia i kary bieżące okazały się nieskuteczne, a przedsiębiorca uporczywie, przez wiele lat, nie wykonywał obowiązkowych pomiarów automonitoringowych. Mimo to narzędzie to nigdy nie zostało użyte.
Kary bieżące naliczane są od 2022 roku, a mimo to w 2024 i 2025 roku stwierdzono kolejne przekroczenia – praktycznie identyczne jak dwanaście lat wcześniej. Nasuwa się wniosek, że kara finansowa jest dla zakładu po prostu kosztem prowadzenia biznesu – tańszym niż inwestycja w wyciszenie. System, który karze na papierze, ale nie wymusza zmiany, jest systemem pozornym.
A ta pozorność ma swoją cenę — tyle że płaci ją kto inny. Wieloletnia ekspozycja na hałas przemysłowy – zwłaszcza niskotonowy, działający przez prawie 24 godziny na dobę – jest udokumentowanym czynnikiem ryzyka chorób układu krążenia, zaburzeń snu, stanów lękowych i obniżenia odporności. Oszczędności jednego przedsiębiorcy na wyciszeniu zakładu przełożą się na koszty leczenia ponoszone przez nas wszystkich – przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Hałas w Kukowie to nie jest problem tej jednej wsi. To jest rachunek, który przyjdzie do nas wszystkich.



