Brak poszanowania dobra wspólnego i empatii obywatelskiej [FELIETON WOLONTARIUSZKI]

"Dziś ponierzy, jutro liderzy" - Polska może się rozwijać bez kosztów zdrowotnych i środowiskowych.

PRZECZYTAJ NASZE STANOWISKO EKSPERCKIE WOBEC PROJEKTU

Dzisiaj znowu miałam taki moment, kiedy stoję przy oknie, patrzę na swoją okolicę i myślę: czy ja naprawdę mieszkam w cywilizowanym kraju, czy w jakimś eksperymencie społecznym pod tytułem:
„Ile człowiek wytrzyma, zanim oszaleje?”

Bo coraz częściej mam wrażenie, że w Polsce brakuje nam czegoś absolutnie podstawowego: poszanowania dobra wspólnego i zwykłej empatii obywatelskiej.

I nie, nie mówię o wielkich ideach, patriotyzmie i wartościach narodowych, które pięknie wyglądają na banerach.Mówię o  codziennym życiu. O tym, że człowiek chce normalnie funkcjonować, a nie czuć się jak uczestnik reality show:
„Przetrwaj we własnym domu kolejny dzień”.

Dobro wspólne to niby prosta sprawa.
Chodnik.
Park.
Szkoła.
Droga.

Ale dobro wspólne to też cisza.
Zdrowie.
Czyste powietrze.
Bezpieczeństwo.
I ten luksus, który kiedyś był normą:
że można w domu odpocząć, a nie żyć w permanentnym napięciu.

Tymczasem Polska wygląda coraz częściej tak, jakby ktoś ją projektował metodą:

„A może walniemy tu blok albo centrum logistyczne?”

Tu domki jednorodzinne, ogródki, dzieci na rowerach, sąsiad podlewa pomidory…
a obok nagle wyrasta budynek wysoki jak ambicje dewelopera, z balkonami zaglądającymi ludziom do sypialni.

Albo modna ostatnio myjnia samochodowa działająca od świtu do nocy, bo przecież nic tak nie buduje atmosfery spokojnej okolicy jak dźwięk odkurzacza przemysłowego o 6:30 rano.

Albo Orlik pod samymi oknami.
I nie, naprawdę nie mam nic przeciwko boiskom.
Dzieci powinny mieć gdzie grać, biegać i spędzać czas.

Tylko czasami człowiek zastanawia się, czy naprawdę nie ma lepszego miejsca niż kilka metrów od czyjejś sypialni.

Bo problemem coraz częściej nie jest sama inwestycja.
Problemem jest to, że wszystko buduje się tak, jakby nikt wcześniej tam nie mieszkał.

Ludzie wyprowadzają się poza miasta, uciekając od hałasu i chaosu, a po kilku latach okazuje się, że pod oknem wyrasta magazyn, firma produkcyjna albo droga z ruchem jak w centrum Warszawy.

I niby wszystko legalnie.
Niby „rozwój”.
Niby „nowoczesność”.

Tylko że w praktyce wygląda to tak, jakby ktoś powiedział:

-Dzień dobry, przyszliśmy tu zrobić inwestycję.
-Ale tu mieszkają ludzie.
-No i co z tego?

Bo przecież jak już stoi blok, hala albo droga szybkiego ruchu, to stoi.
A mieszkańcy mogą sobie kupić rolety i zatyczki do uszu. Najlepiej hurtowo.

I jest jeszcze jedna rzecz, o której mówi się zaskakująco rzadko.

Kim właściwie dla inwestorów, deweloperów i samorządów wydających te wszystkie zgody i decyzje jest społeczność lokalna?

Naprawdę pytam.

Bo czasami mam wrażenie, że mieszkańcy są traktowani jak element krajobrazu.
Coś pomiędzy drzewem a znakiem drogowym.
Są, bo są.

Istnieją przed inwestycją, ale kiedy pojawia się wizualizacja i wielkie hasło „dynamiczny rozwój”, nagle okazuje się, że ludzie stają się przeszkodą administracyjną.

A przecież ta społeczność zastana to nie jest pusty teren na mapie.

To są ludzie, którzy mieszkają tam od lat.
Budowali domy.
Sadzili drzewa.
Wychowywali dzieci.
Tworzyli relacje sąsiedzkie.
Wybierali dane miejsce właśnie dlatego, że miało określony charakter:
spokój, zieleń, przestrzeń.

A potem pojawia się ktoś z teczką i opowieścią o „potencjale inwestycyjnym”, jakby wcześniej nie było tam kompletnie nic. Jakby społeczność lokalna była niewidzialna.

Mam czasem wrażenie, że dla części inwestorów idealny mieszkaniec to taki, który:
nie protestuje,
nie zadaje pytań,
nie chce spać przy otwartym oknie
i najlepiej jeszcze cieszy się, że pod jego domem właśnie powstaje kolejna „prestiżowa inwestycja”.

W Polsce bardzo łatwo mówi się o prawach inwestora i przedsiębiorcy.
O gospodarce.
O rozwoju.
O miejscach pracy.

Znacznie trudniej mówi się o wartości życia ludzi, którzy już tam mieszkają.

Bo jak wycenić spokój?
Jak wycenić możliwość usłyszenia ptaków zamiast tirów?
Jak wycenić zdrowie psychiczne?
Sen dzieci?
Poczucie bezpieczeństwa?

Często zachowujemy się tak, jakby nie miało żadnej wartości.

A przecież dobrze funkcjonująca społeczność lokalna też jest kapitałem.
Może nawet większym niż kolejny magazyn czy blok.

I chyba właśnie dlatego tak bardzo poruszają mnie dziś miejsca takie jak Międzyzdroje.

Bo to nie jest już tylko historia o architekturze.
To jest historia o tym, jak łatwo można zniszczyć charakter miejsca w imię „rozwoju”.

Kiedyś Międzyzdroje miały w sobie coś spokojnego.
Były wille, pensjonaty, sosny i ten stary nadmorski klimat, którego nie da się odtworzyć wizualizacją z folderu sprzedażowego.

Dzisiaj pomiędzy apartamentowcami wysokimi jak ambicje deweloperów stoją jeszcze stare wille, z których kiedyś słynęły Międzyzdroje.

I wyglądają trochę jak starsze ciotki na weselu influencerów.

Jeszcze eleganckie.
Jeszcze z klasą.
Ale kompletnie zagubione w świecie, który nagle zaczął krzyczeć neonami i sprzedawać „luksus premium” co trzy metry.

Najsmutniejsze jest to, że te stare budynki przypominają, iż kiedyś ludzie budowali miejsca, a nie tylko inwestycje.

Dzisiaj coraz częściej buduje się tak, jakby jedynym celem było zmieszczenie maksymalnej liczby apartamentów z „widokiem na morze”, nawet jeśli za chwilę jedynym widokiem będzie balkon sąsiada i klimatyzator do tego hałasujący. 

I patrząc na takie miejsca, człowiek zaczyna rozumieć, że problemem nie jest sama inwestycja.

Problemem jest sposób myślenia.

Taki, w którym przestrzeń staje się wyłącznie produktem.
Mieszkańcy - tłem.
A lokalna społeczność przeszkodą między projektem a zyskiem.

Ale nie.
W Polsce człowiek, który chce ciszy, jest problemem.
A ten, kto robi hałas, jest „pasjonatem”.

I tutaj wkraczają oni.
Cali na czarno.
Motocykle.
Wydechy.
Gazowanie pod oknem.

Czyli lokalni rycerze apokalipsy, którzy najwyraźniej wierzą, że sens życia polega na tym, żeby pół osiedla miało mikrozawał po każdej letniej nocy.

Bo to nie jest zwykły hałas.
To jest dźwięk przypominający eksplozję, awarię elektrowni i start myśliwca jednocześnie.
A to wszystko tylko dlatego, że czyjaś męska duma potrzebuje potwierdzenia w decybelach.

I najlepsze jest to, że oni robią to specjalnie.

Nie „bo motocykl głośny”.
Nie „bo tak wyszło”.

Tylko dlatego, że mogą.

I wtedy pojawia się pytanie, którego chyba nikt nie chce zadać na głos: Czy w Polsce wolność jednego człowieka naprawdę musi oznaczać cierpienie drugiego?

Bo ja rozumiem hobby.
Naprawdę.
Ludzie zbierają znaczki, chodzą po górach, robią na drutach, oglądają seriale o mordercach - też trochę niepokojące, ale dobrze, nie oceniam.

Ale jeśli twoje hobby polega na budzeniu dzieci i straszeniu starszych ludzi hukiem pod oknami, to może to nie jest hobby. Może to jest po prostu brak kultury.

A potem człowiek próbuje jeszcze wierzyć, że istnieje jakiś system, który powinien chronić mieszkańców. I wtedy odkrywa MPZP, konsultacje społeczne i całą tę piękną teorię o ładzie przestrzennym.

Brzmi poważnie.
Wręcz europejsko.

Tylko że w praktyce planowanie przestrzenne bywa u nas czymś pomiędzy chaosem a grą w Simsy prowadzoną przez bardzo zmęczonego urzędnika.

Domki? Blok.
Blok? Jeszcze jeden blok.
Zieleń? Trzy donice i „ekologiczne osiedle”.
Parking? Ludzie sobie poradzą.
Drogi? Jakoś będzie.

A potem wszyscy są zdziwieni, że:
są korki,
brakuje miejsc w przedszkolach,
ludzie są przebodźcowani,
dzieci nie mają gdzie się bawić,
a mieszkańcy mają nerwy w strzępach.

Ale oczywiście winni są ci, którzy „się czepiają”.

Najbardziej absurdalne jest to, że dobro wspólne coraz częściej przegrywa z interesem jednostki.

Ktoś chce zarobić - stawia blok.
Ktoś chce się „pobawić” - urządza wyścigi pod oknami.
Ktoś chce „rozwoju” - wciska przemysł tam, gdzie żyją ludzie.

A reszta społeczeństwa ma się dostosować.

Ma się nie denerwować.
Nie mieć migreny.
Nie mieć bezsenności.
Nie stresować się. 

Nie mieć problemów z sercem.
Być dzielna.

Jakby życie w Polsce było testem charakteru, a nie normalnym życiem.

A przecież państwo i samorząd powinny działać odwrotnie.
Powinny chronić ludzi.
Dbać o ład przestrzenny.
Egzekwować normy hałasu.
Pilnować, żeby rozwój miał sens.

Bo rozwój bez planu to nie rozwój.

To jest chaos w wersji premium.

I chyba to przeraża mnie najbardziej:
że my powoli przestajemy rozumieć, czym jest wspólnota.

Sami jej nie szanujemy, a potem dziwimy się, że nie szanują jej również inwestorzy i deweloperzy i urzędnicy. 

Tylko że dla tych drugich wspólnota bardzo często nie jest wartością. Jest przeszkodą między projektem a zyskiem. Bo w excelu można policzyć metry, koszty i sprzedaż mieszkań, podatki wpływające do budżetu.
Ale szacunku, spokoju i jakości życia nie da się wpisać do bilansu.

A skoro czegoś nie da się przeliczyć na liczby, to zaskakująco często traktuje się to tak, jakby nie miało żadnej wartości.

Społeczeństwo zaczyna przypominać zbiór ludzi, którzy żyją obok siebie, ale każdy walczy wyłącznie o swoje.

Każdy krzyczy.
Każdy uważa, że jego potrzeby są najważniejsze.

A dobro wspólne?

Dobro wspólne w Polsce jest jak trawnik pod blokiem.
Niby istnieje, ale każdy po nim depcze.

Ja naprawdę nie oczekuję cudów.

Nie oczekuję idealnego państwa.
Nie oczekuję absolutnej ciszy.
Nie oczekuję, że wszyscy nagle staną się wrażliwi i empatyczni.

Ale chciałabym, żebyśmy w końcu zrozumieli jedną prostą rzecz:

spokój nie jest luksusem.

Spokój jest podstawowym prawem człowieka.

Bo człowiek powinien móc odpocząć we własnym domu.
Otworzyć okno bez stresu.
Zasnąć bez huku czy innego hałasu.
Żyć bez poczucia, że cały świat walczy z nim o każdy metr ciszy.

Empatia obywatelska nie jest słabością. Empatia to cywilizacja.

A jeśli jedyną zasadą wspólnego życia stanie się:
„ja mogę wszystko, a ty się przyzwyczaj” -
to prędzej czy później wszyscy przegramy.

I wtedy Polska naprawdę stanie się miejscem, w którym ludzie mieszkają obok siebie, ale już nie razem. I szczerze? Czasami mam wrażenie, że to już się dzieje.

KS zestawienie 2 KOLOR scaled

Chcesz być powiadamiany na bieżąco o naszych inicjatywach? Zapisz się do newslettera.

Zespół Obywatelskiej Akademii Ekologii Akustycznej

Materiały opracowane w ramach projektu "Obywatelska Akademia Ekologii Akustycznej" finansowanego ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach programu "WOW w NGO".
Instytut Ekologii Akustycznej
Dionizosa 7B lokal U1
03-142 Warszawa
[NOWY] Email:
ekologia.akustyczna@proton.me
KRS: 0000499971
NIP: 7123285593
REGON: 061657570
Konto. Nest Bank:
92 2530 0008 2041 1071 3655 0001
Wszystkie treści publikowane w serwisie są udostępniane na licencji Creative Commons: uznanie autorstwa - użycie niekomercyjne - bez utworów zależnych 4.0 Polska (CC BY-NC-ND 4.0 PL), o ile nie jest to stwierdzone inaczej.