Istnieję dzięki głuchemu Ukraińcowi [FELIETON]

"Dziś pionierzy, jutro liderzy" - Polska może się rozwijać bez kosztów zdrowotnych i środowiskowych.

PRZECZYTAJ NASZE STANOWISKO EKSPERCKIE WOBEC PROJEKTU

Świadectwo i kilka myśli o tym, kto naprawdę zabija – ludzie czy narody?

Nazwisko, które uratowało życie

Moja babcia ze strony ojca nazywała się Olejarczyk – przez „yk” na końcu – z polska. W 1946 roku mieszkała w wiosce na wschód od Hrubieszowa. Pewnego dnia do wsi weszła grupa zbrojna – UPA, może OUN, bo z perspektywy ludzi obawiających się o życie to była żadna różnica. Pytali o nazwiska. Ukrainiec, który ją spisywał, miał być może niedosłuch lub inną wadę słuchu. Usłyszał „Olejarczuk”, przez „uk”, z… ukraińska. Padło: „o, to nasza”. Jej chaty nie spalili. Była jedną z nielicznych osób, a może jedyną z tej wsi, które przeżyły. Innych zamordowano.

Tę historię usłyszałem od babci niemal przypadkiem, gdy była jeszcze w stanie mówić. Gdy podzieliłem się nią ostatnio ze znajomym, usłyszałem, że to niemożliwe – że w tych latach UPA już tam nie działała, że babcia pewnie coś pomyliła z wiekiem. Postanowiłem to sprawdzić.

To nie była konfabulacja

Powiat hrubieszowski i przyległa Chełmszczyzna były jednym z głównych obszarów działalności OUN-B i UPA poza Wołyniem – i nie tylko w 1943 roku, lecz nieprzerwanie do operacji „Wisła” w 1947 r.. Ostatnie grupy zbrojne na Lubelszczyźnie utrzymywały się aż do 1950 r. Pod Hrubieszowem operowała m.in. sotnia UPA „Wowky”, a IPN do dziś odnajduje ofiary z tamtych lat – w 2020 r. ekshumowano szczątki Polaków zamordowanych w 1945 r. w Liskach koło Dołhobyczowa. Wejście oddziału do wsi, spisywanie mieszkańców według nazwisk, palenie polskich zagród – to był typowy, udokumentowany schemat tych działań.

Babcia niczego nie wymyśliła. A ja – co dla mnie, człowieka zajmującego się dźwiękiem, hałasem i słuchem, jest klamrą niemal nie do uwierzenia – istnieję dlatego, że ktoś źle usłyszał. Bardzo możliwe, że ów Ukrainiec stracił słuch właśnie na wojnie: od huku wystrzałów i wybuchów, bo akustyczny uraz słuchu to jedna z najczęstszych, a najmniej widocznych ran każdej wojny. Być może to jedyny przypadek w historii, gdy niedosłuch ocalił życie.

„Zabijają zbrodniarze, a nie narody”

Najważniejsze w tej historii nie jest jednak samo ocalenie. Najważniejsze jest to, co babcia z tego wyniosła. Przeżyła wojnę z hitlerowskimi Niemcami i ich okupację, potem otarła się o śmierć z rąk UPA już po wojnie, w teoretycznie „wolnym” kraju, choć pod sowiecką dominacją. Widziała ogrom śmierci i okrucieństwa. Wtedy zrozumiałe w pełni co miała na myśli często powtarzając: zabijają zbrodniarze, a nie narody. Że to konkretni ludzie podjęli decyzję, by mordować – a nie „Ukraińcy” jako naród. I że po polskiej stronie też bywało, że mordowano Białorusinów, Żydów, Ukraińców – bo to źli ludzie zabijają, a nie narodowości.

To nie jest naiwność. To zgodne z ustaleniami historyków: te same archiwa, które dokumentują ludobójstwo OUN-UPA, odnotowują również polskie odwety, w których ginęli ukraińscy cywile, jak w Sahryniu wiosną 1944 r. Babcia, która zmarła w wieku 88 lat, intuicyjnie rozumiała coś, do czego historiografia dochodzi z trudem: sprawczość jest indywidualna, a zbiorowe obarczanie winą całych narodów samo bywa zarzewiem kolejnych zbrodni.

Dzisiaj: oburzenie tak, zerwanie więzi nie

Piszę to teraz nie przypadkiem. Pod koniec maja 2026 r. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z ukraińskich jednostek Sił Zbrojnych honorową nazwę “Bohaterów UPA”, co wywołało w Polsce słuszną falę oburzenia. Prezydent Karol Nawrocki zapowiedział wniosek o odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego, a sprawa ma trafić pod obrady Kapituły Orderu już 8 czerwca. Ukraińskie MSZ wyraziło żal z powodu reakcji i zapewniło, że dla ukraińskich wojskowych symbolika UPA oznacza przede wszystkim walkę z imperialną Moskwą, a nie wymierzenie ostrza w Polskę.

Oburzenie Polaków jest absolutnie całkowicie zrozumiałe – UPA jako formacja odpowiada za ludobójstwo na naszych rodakach, a jeśli chciano podkreślić walkę z Sowietami, to było nazwać jednostkę “Bohaterów Walk z Sowietami” lub jakiegoś konkretnego oddziału, który to skutecznie robił, a nie całą UPA. To zasadny argument, nie histeria. Ale reakcje typu „przestańmy pomagać Ukraińcom, zamknijmy Jasionkę, wyrzućmy wszystkich” to już histeria osób niedojrzałych. Bo tu i teraz Polska potrzebuje bezpieczeństwa przed Rosją – a Rosja na froncie w Ukrainie traci dziś więcej, niż zdobywa.

Jest jeszcze wymiar praktyczny. Już 25–26 czerwca 2026 r. w Gdańsku odbędzie się Ukraine Recovery Conference – największe światowe forum poświęcone odbudowie Ukrainy, na którym polskie firmy mają realne szanse zaistnieć. Pamiętamy czym dla nas skończyło się zaangażowanie w Iraku – wsparliśmy interwencję, nasi obywatele i żołnierze oddali najwyższą cenę w tej misji – swoje życie. Ale na odbudowie nic nie zarobiliśmy, bo dyplomatycznie nie dowieźliśmy – byliśmy właśnie nie dość dojrzali i wyrachowani. 

Warto też dostrzec to, czego przez ostatnie 20-kilka lat nie udało się żadnej dyplomacji: w grudniu 2025 r. Ukraina zniosła blokady i w 2026 r. ruszyły kolejne ekshumacje polskich ofiar – m.in. w Ugłach. To małe, ale realne kroki, a nie pozorowane zachowania.

Człowieczeństwo, które przetrwało

Przez chwilę współpracowała z naszą fundacją wolontariuszka Tatiana, która przyjechała do Polski z córką jeszcze przed aneksją Krymu. Jej rodzinna miejscowość jest położona daleko na wschód od Odessy. O Wołyniu dowiedziała się dopiero w Polsce, w pracy – i poczuła, że powinna przepraszać. Zapytałem się jej wtedy: Tatiano, a czy ty kogoś zabiłaś? Nawet gdyby robił to twój ojciec – ty osobiście nie ponosisz takiego ciężaru. To jest dokładnie myśl mojej babci, tylko wyrażona wiele lat później.

Historia była, jaka była – nie usprawiedliwiamy jej, nie zapominamy, nie udajemy, że nic się nie stało. Ale dziś żyjący w Polsce obywatele Ukrainy nie mają nic wspólnego z rzezią wołyńską. Uważam, że można równocześnie domagać się prawdy o przeszłości, uhonorowania i pochowania pomordowanych i nie zrywać tego, co już razem zbudowaliśmy. Moja babcia, mimo wszystkiego, co przeszła, zachowała ludzką twarz – nie nabrała radykalnego nastawienia przeciw ukraińskiemu narodowi. I to jest, jak sądzę, najmocniejsze dziedzictwo, jakie od niej dostałem. 

Merzbow Wide cinematic photograph of an old apple orchard at 1657011a 8cc9 494f 969c 21f5088543ad 1
Grafika wykonana z wykorzystaniem MidJourney. Charakter dekoracyjny.

Komu to wszystko jest na rękę

Jest w tej historii jeszcze jedna warstwa, o której rzadko myślimy. W 1959 roku KGB zamordowało w Monachium Stepana Banderę – agent Bohdan Staszyński rozpylił mu w twarz truciznę specjalnym pistoletem. Rzecz w tym, że Bandera był już wtedy politycznym trupem, postacią nieistotną. Po co więc Sowieci mordowali kogoś bez znaczenia?

Dziennikarz Onetu, Witold Jurasz w lutowym odcinków swojego podcastu „Raport Międzynarodowy” (polecam!) przywołuje pewien trop – i sam uczciwie zaznacza, że to tylko trop. Historyk rosyjskiego Memoriału miał dotrzeć do notatki KGB uzasadniającej to zabójstwo następująco: jeśli pozwolimy Banderze umrzeć na emigracji, nikt o nim nie będzie pamiętał – pozostanie nieistotnym terrorystą. Ale jeśli go zamordujemy, stanie się symbolem, a ten symbol będzie „miną podłożoną pod relacje polsko-ukraińskie”. Dokumentu nie udało się skopiować, bo archiwa zdążyły się zamknąć – dlatego traktujmy to jako hipotezę, nie pewnik. Ale jedno jest bezsporne: zamach faktycznie uczynił z Bandery męczennika i na dekady umocnił jego kult.

I to jest sedno. Niezależnie od tej jednej notatki, Moskwa od dziesięcioleci gra na tym, co nas dzieli – na pamięci, na dołach ze szczątkami pomordowanych, na nazwiskach i symbolach. Imperium Zła potrafi czekać: rok, dziesięć, pięćdziesiąt lat. Rosja zapewne sama zdziwiła się, jak Polacy stanęli po stronie Ukrainy w 2022 roku – i tym pilniej pracuje dziś, by tę więź rozmontować. Wystarczy spojrzeć na pierwszy komentarz pod materiałem tłumaczącym właśnie ten mechanizm: „Zero tolerancji dla banderowców”. Przecież już nie ma Bandery i banderowców – a dalej używa się takich słów do nazywania obywateli i obywatelek Ukrainy. 

Mina sprzed kilkudziesięciu lat wciąż wybucha – a my często nawet nie zauważamy, czyja to ręka ją podłożyła. Kiedy więc dziś sięgamy po widły i pochodnie, gotowi skoczyć do gardeł Ukraińcom o symbol sprzed osiemdziesięciu lat, warto zapytać: czy to na pewno nasza myśl – czy może zasadzka zastawiona dawno temu, której wciąż ulegamy?

Zostańmy ludźmi

Może właśnie teraz jest na to moment. Skoro całe środowisko polityczne – od prawa do lewa, z różną temperaturą złości, ale jednak – jest poruszone tą samą sprawą, to znaczy, że jest to temat, o którym wszyscy potrzebujemy mówić. A skoro nas wszystkich dotyczy, to może można go w końcu przepracować, a nie tylko rozdrapywać. Możemy wreszcie porozmawiać ze sobą o tej traumie – o krzywdach, o zaniedbaniach, o odwetach, których też się dopuszczaliśmy – i o tym, jak żyć dalej obok ludzi, którzy może i bywają potomkami tych, co kiedyś mordowali, tu albo gdzie indziej. 

Bo my, żyjący, jesteśmy tu i teraz. Każdy z nas jest osobną jednostką, komórką tworzącą ludzkość, i to my decydujemy, jacy będziemy wobec siebie. Możemy hodować w sobie negatywne emocje, które prowadzą do kolejnych antagonizmów, a te do kolejnych radykalnych czynów, albo możemy pamiętać, kto naprawdę zyskuje, gdy Polacy i Ukraińcy zaczynają się nienawidzić. Zyskują wyłącznie ci, którzy żyją z destabilizacji świata – tacy jak putin (celowo z małej litery). Moja babcia nie znała słowa „geopolityka”, ale wiedziała jedno: że zabijają zbrodniarze, a nie narody. I że dopóki o tym pamiętamy, pozostajemy ludźmi.

Grafika główna: ilustracja dekoracyjna wykonana z wykorzystaniem MidJourney

Wpis powstał z inspiracji ostatnim odcinkiem „Frontów wojny”, w którym autor podcastu – dziennikarz i korespondent wojenny Marcin Wyrwał – rozmawia o obecnej sytuacji z Mateuszem Lachowskim, również dziennikarzem i korespondentem wojennym. Gorąco polecam – mądrych ludzi, bez gorących głów, kierujących się rozsądkiem, zawsze warto wysłuchać. To właśnie słuchając tej rozmowy – pełnej powagi, ale i niezwykłej dojrzałości w podejściu do sprawy nazwy owej jednostki wojskowej – pomyślałem, że napiszę do redaktora Wyrwała z moją historią. Tą, która przeistoczyła się w coś, co, mam nadzieję, poruszy kogoś i pozwoli zobaczyć, że wszyscy jesteśmy jednością – zwłaszcza jeśli zależy nam na harmonii, pokoju, dobrobycie, szczęściu… Po prostu na dobrym i godnym życiu.

Chcesz być powiadamiany na bieżąco o naszych inicjatywach? Zapisz się do newslettera.

Alan Grinde

Społecznik od ponad 30 lat. Założyciel fundacji ORION Organizacja Społeczna oraz Fundacji Techya. Edukator z zakresu hałasu, praw człowieka, przemocy i zdrowia publicznego. Specjalista w zakresie nowych technologii, sztucznej inteligencji oraz projektowania graficznego. Inicjator kampanii "Niewidzialna ręka przemocy" oraz "Wiele hałasu o hałas".
Instytut Ekologii Akustycznej
Dionizosa 7B lokal U1
03-142 Warszawa
[NOWY] Email:
ekologia.akustyczna@proton.me
KRS: 0000499971
NIP: 7123285593
REGON: 061657570
Konto. Nest Bank:
92 2530 0008 2041 1071 3655 0001
Wszystkie treści publikowane w serwisie są udostępniane na licencji Creative Commons: uznanie autorstwa - użycie niekomercyjne - bez utworów zależnych 4.0 Polska (CC BY-NC-ND 4.0 PL), o ile nie jest to stwierdzone inaczej.