
Poznajcie Zalesie Górne - miejsce, do którego przeprowadzali się mieszkańcy Warszawy, uciekając przed hałasem. No bo gdzie może być „bezpieczniej” niż po środku wielu obszarów objętych ochroną? No bo skoro im „głośno w mieście, to niech wyprowadzą się na wieś”...
Właściciel tych obszarów - Skarb Państwa, reprezentowany przez Lasy Państwowe, Nadleśnictwo Chojnów – na to co się dzieje na terenie Planety Zalesie od lat odpowiada jednym zdaniem: „przekazaliśmy informację dzierżawcy”, czyli Starostwu Piaseczyńskiemu. I nic więcej. Bo las jest wspólny, ale odpowiedzialność - najwyraźniej niczyja.
Tu nie chodzi o jedną głośną imprezę. Tu chodzi o instytucję, która powinna być strażnikiem najcenniejszej przyrody w Polsce, a która w praktyce nie wie, nie sprawdza, nie reaguje i... nie zamierza. Artykuł oparliśmy go wyłącznie na dokumentach: pismach urzędowych, odpowiedziach na wnioski o informację publiczną, wyrokach sądów i kontrolach Najwyższej Izby Kontroli.
Zacznijmy od faktu, który wyjaśnia cały problem. W Zalesiu Górnym nie polega on na „przekroczonych normach hałasu”. Problem polega na tym, że tego rodzaju działalności tam w ogóle nie wolno prowadzić.
Mechanizm jest prosty i właśnie dlatego skuteczny w rozmywaniu odpowiedzialności. Lasy Państwowe (Nadleśnictwo Chojnów) wydzierżawiają teren Powiatowi Piaseczyńskiemu. Powiat poddzierżawia go spółce Samochody Filmowe Rafała Karwowskiego. Ta z kolei udostępnia teren kolejnym podmiotom - organizatorom wesel, koncertów i festiwali. Im dłuższy łańcuch, tym łatwiej każdemu ogniwu powiedzieć: „to nie my, to ten następny".
Tyle że dokumenty mówią coś wprost przeciwnego. Umowa dzierżawy z 2017 roku nałożyła na spółkę obowiązek korzystania z terenu „z zachowaniem wszelkich wymogów (…) w szczególności z przepisów w zakresie ochrony środowiska (…) i ustawy o lasach". Co więcej, poddzierżawa była dopuszczalna wyłącznie za pisemną zgodą Powiatu i tylko na warunkach tej samej umowy - a więc wraz z całym pakietem zobowiązań środowiskowych, który miał obowiązywać każdego kolejnego organizatora. Innymi słowy: prawo ochrony środowiska nie „zgubiło się" gdzieś po drodze w łańcuchu.
Artykuł 156 ust. 1 ustawy Prawo ochrony środowiska zabrania używania instalacji i urządzeń nagłaśniających na publicznie dostępnych terenach przeznaczonych na cele rekreacyjno-wypoczynkowe. Mazowiecki Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska orzekł wprost: instalacje na terenie ośrodka „Planeta Zalesie” nie mogą być używane, a zakaz jest bezwzględny.
W praktyce oznacza to, że WIOŚ stwierdził, że nie ma nawet potrzeby wykonywania pomiarów hałasu - bo nie chodzi o to, czy dźwięk jest za głośny, tylko o to, że samo nagłośnienie jest tu nielegalne. Do tego samo Ministerstwo Klimatu i Środowiska potwierdziło, że wyjątek przewidziany dla imprez „okazjonalnych” nie obejmuje regularnych festiwali, wesel i koncertów organizowanych komercyjnie przez cały sezon.
Zapamiętajmy to jedno zdanie: tu nie wolno włączyć głośnika — nieważne jak głośno: 50, 60 czy 120 dB. Nie można. Tak stanowi prawo i takie zobowiązania podpisały wszystkie strony. A mimo to gra techno, mimo to muzyka leci nonstop w sezonie przy basenie, mimo to odbywają się wesela i imprezy z nagłośnieniem i pracą DJ-ów. Prawo i zapisy umów swoje, a rzeczywistość swoje. A prawo łatwo ignorować, gdy zarządca terenu się nim nie interesuje.
Teren dawnego ośrodka „Wisła" — dziś „Planeta Zalesie" - to m.in. ponad 31 hektarów gruntów leśnych Skarbu Państwa (do tego dochodzi działka należąca do samego Powiatu Piaseczyńskiego) w wyjątkowo wrażliwym przyrodniczo miejscu:
Od 2018 roku mieszkańcy składają skargi na hałas z imprez z nagłośnieniem - festiwali, eventów z DJ-ami, nierzadko trwających kilkadziesiąt godzin ciągiem, także w nocy, a od niedawna wesel. W 2021 roku ponad 200 osób podpisało petycję „STOP dla nagłośnienia”. Pomiary Instytutu Ekologii Akustycznej z sierpnia 2025 roku wykazały 95,3 dBC w nocy, 80 metrów od źródła, 50 metrów za dzierżawionym terenem. Podczas festiwalu „Odgłosy” poziom przekraczał 100 dBA, a dźwięk niósł się ponad kilometr. Tych przypadków było wiele.
Zapadły cztery prawomocne wyroki nakazowe za zakłócanie spokoju (art. 51 Kodeksu wykroczeń). Doszło do tego postępowanie wobec organizatora festiwalu TECVAN. Mimo to działalność trwa. A właściciel terenu? Udaje, że go to nie dotyczy.
W 2025 i 2026 roku Instytut Ekologii Akustycznej zadał Lasom Państwowym i Nadleśnictwu Chojnów 28 pytań o nadzór nad tym terenem. Odpowiedzi układają się w portret instytucji, która od dwóch dekad ogranicza swoją rolę do przekazywania korespondencji dalej.
Tak, Nadleśnictwo było informowane o zdarzeniach (…). Informacje były przekazywane dzierżawcy.
(czyli Starostwu Piaseczyńskiemu)Kto informował? Wyłącznie mieszkańcy. Nie WIOŚ, nie ministerstwo, nie organy ścigania - choć z pisma Urzędu Marszałkowskiego z grudnia 2025 roku wynika, że Nadleśnictwo było adresatem zawiadomienia o emisji hałasu, samowoli budowlanej i podejrzeniu nielegalnego odprowadzania ścieków.
Na pytanie o nadzór nad terenem padła odpowiedź, że leśniczy odwiedza teren średnio raz w tygodniu - ale jego wizyty „nie mają charakteru zleconej kontroli”. Innymi słowy: ktoś tam chodzi, może coś widzi (chociaż nie koniecznie, bo przecież eventy są nocami), lecz raporty nie powstają, a wnioski nie są wyciągane. Na pytanie o monitoring wpływu hałasu na przyrodę, o dokumenty oceniające zgodność z zasadą zrównoważonego rozwoju, o współpracę z WIOŚ – Nadleśnictwo Chojnów przyznało z rozbrajającą szczerością - „nie posiada”, „nie prowadzi”, „nie współpracuje”.
Alarmujące jest też to, czego Nadleśnictwo nie wie. Zapytane o prawomocny wyrok sądu w tej sprawie, odpowiedziało: „nie posiada wiedzy na temat wyroku nakazowego”. Na własnym terenie, na gruntach Skarbu Państwa, zapada wyrok - a właściciel się nie orientuje. Bo nie monitoruje. Bo nie ma procedur. Bo, jak sam przyznaje, nie współpracuje z nikim. I co wyjdzie dalej – nie lubi kiedy ktoś się w ogóle interesuje jego działaniami.
Jedyne „indywidualne działanie”, jakim się pochwalił, to skierowanie do Starostwa Piaseczyńskiego „prośby o wyjaśnienie sytuacji”. Nie wezwania. Nie żądania. Prośby. Właściciel 31 hektarów lasu grzecznie prosi dzierżawcę, żeby zechciał wyjaśnić, dlaczego firmy, którym poddzierżawił dalej teren główny poddzierżawca łamią prawo.
Tu historia przestaje być tylko o hałasie. Staje się o pieniądzach - naszych wspólnych pieniądzach.
Umowa z 2004 roku oddała Powiatowi Piaseczyńskiemu 31,15 ha lasu na 30 lat za czynsz bazowy 40 000 zł rocznie. W 2014 roku aneks obniżył go o połowę - do 20 000 zł rocznie - „do czasu uchwalenia miejscowego planu zagospodarowania”. Plan nie powstał do dziś. Obniżka obowiązuje więc już 12 lat. To 642 zł za hektar rocznie. Niespełna 54 zł miesięcznie za hektar lasu w aglomeracji warszawskiej.
A teraz druga strona tej samej kartki. Jak już wspomnieliśmy na początku - Powiat poddzierżawił ten sam teren komercyjnie i - według danych ujawnionych przez samo Starostwo - zarobił na tym ok. 2 558 444 zł w latach 2017–2025, przy własnym czynszu rzędu 40 tys. zł rocznie. Zysk netto powiatu sięga ok. 2,24 mln zł, przy marży przekraczającej 700%.
Kto na tym traci? Skarb Państwa. Czyli my wszyscy. A gdy zapytaliśmy Nadleśnictwo wprost o przychody z tej dzierżawy w latach 2004–2025, otrzymaliśmy decyzję odmowną. Nadleśniczy Artur Pacia napisał w uzasadnieniu, że zestawienie tych kwot „może służyć jedynie zaspokojeniu ciekawości Wnioskodawcy”.
Przeczytajmy to jeszcze raz na spokojnie. Właściciel mienia publicznego mówi organizacji pożytku publicznego, prowadzącej interwencję w sprawie wieloletniego łamania prawa na tym mieniu, że pytanie o przychody Skarbu Państwa to „ciekawość”. Cała filozofia dostępu do informacji publicznej - obywatelska kontrola nad wspólnym majątkiem - została tu sprowadzona do wścibstwa.
Na cztery pytania Nadleśnictwo odmówiło odpowiedzi, twierdząc, że nie są informacją publiczną, bo dotyczą „opinii” lub „interpretacji przepisów”. Pytaliśmy m.in., czy organizacja głośnych imprez na terenie leśnym jest zgodna z ustawą o lasach, z umową dzierżawy i z celami gospodarki leśnej.
Tyle że odpowiedź na te pytania już padła - tylko nie z ust Nadleśnictwa. Dał ją WIOŚ i Ministerstwo: ta działalność jest objęta bezwzględnym zakazem. Pytanie, czy organ jest zobowiązany zareagować, gdy na powierzonym mu terenie łamane jest prawo, nie jest prośbą o prywatny pogląd nadleśniczego. To pytanie o jego ustawowe obowiązki - a te są jądrem informacji publicznej.
Jest w tym pewna ironia. Nadleśnictwo odmówiło odpowiedzi, czy działalność jest zgodna z umową dzierżawy - ale w innym punkcie samo zacytowało zapis tej umowy, zobowiązujący do użytkowania terenu „w sposób zgodny z zasadami prawidłowej gospodarki leśnej” i do ochrony drzewostanu. Zna więc treść własnego obowiązku. Po prostu nie chce powiedzieć, czy jest on realizowany.
Nadleśnictwo Chojnów to jedna z najbardziej częściej pojawiających się w kręgu zainteresowań mediów jednostek Lasów Państwowych w kraju.
W lutym 2025 roku leśnicy z Chojnowa weszli z piłami do użytku ekologicznego „Rzeka Mała” i pocięli pnie leżące w korycie rzeki na odcinku ok. 500 metrów. Nie jest to żaden scenariusz kolejnej części filmu „Piła”. To samo Nadleśnictwo dwa miesiące wcześniej wnioskowało o powołanie tego użytku, a uchwała Rady Miejskiej Piaseczna wprost zakazywała tam prac utrzymaniowych.
Aktywista i fotograf dzikiej przyrody Daniel Petryczkiewicz, który nagłośnił sprawę, punktował absurdy: cięto tylko fragment, w korycie nie było wody (susza, więc zero zagrożenia powodziowego), a sam teren z tamami bobrowymi był lęgowiskiem 68 gatunków chronionych ptaków.
Linią obrony Nadleśnictwa była decyzja Starosty z 2008 roku - sprzed 17 lat.
Może to pokaz siły, demonstracja, kto tutaj rządzi.
– napisał w jednym z postów Daniel Petryczkiewicz.Reakcja była natychmiastowa. Dyrektor Generalny LP Witold Koss odwołał nadleśniczego Sławomira Mydłowskiego, komentując: „Błędy w zarządzaniu najcenniejszymi przyrodniczo drzewostanami w Polsce są niedopuszczalne”. Posłanka Daria Gosek-Popiołek i wicemarszałkini Senatu Magdalena Biejat złożyły zawiadomienie do prokuratury o wyrządzenie znacznej szkody w przyrodzie. Radna Magdalena Woźniak pytała wprost: „Dlaczego mając do czynienia z Lasami Państwowymi mamy nieustanne uczucie bycia robionym w wała?”.
To samo Nadleśnictwo od lat toczy konflikt z mieszkańcami kilkunastu gmin o wycinkę w Lasach Komorowskim i Chlebowskim. W 2023 roku odrzuciło petycję o 5-letnie moratorium na cięcia jako „zbyt daleko idącą”. Gmina Michałowice oceniła ofertę Nadleśnictwa - wyłączenie zaledwie 8% obszarów - jako „niewystarczającą i nieakceptowalną”. Konsultacje zakończyły się protokołem rozbieżności, a sprawa trafiła do Ministerstwa Klimatu i Środowiska.
Te lokalne sprawy nie dzieją się w próżni. We wrześniu 2025 roku Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła wyniki kontroli Lasów Państwowych za lata 2020–2024. Wyliczyła, że niegospodarność i czynniki obniżające wynik finansowy kosztowały łącznie ponad 1,7 mld zł. NIK wytknęła m.in. 37,9 mln zł z funduszu leśnego wydane na działalność promocyjno-wizerunkową niezwiązaną z gospodarką leśną - pikniki, festyny i festiwale, część w okresie kampanii wyborczej 2023 roku - oraz 7,1 mln zł przekazane parafiom. Izba skierowała dwa zawiadomienia do prokuratury i zapowiedziała kolejne działania.
Lasy Państwowe zarządzają niemal dowolnie mieniem Skarbu Państwa - swoboda ta jest niespotykana na tle innych instytucji zarządzających majątkiem publicznym.
- Piotr Miklis, ówczesny wiceprezes NIKZłóżmy to w całość. Nad Zalesiem Górnym wisi konstrukcja, w której każdy wskazuje na innego:
Każde piętro pokazuje palcem na sąsiednie. I oczywiście żadne nie czuje się odpowiedzialne. Efekt jest jeden: z powodu zaniedbań urzędników i instytucji dedykowanych do ochrony przyrody wyniszczamy bioróżnorodność w polskich lasach i terenach chronionych wokół Zalesia Górnego, ekosystemy narażone na chroniczny i regularny wpływ hałasu, w tym niskich tonów już reagują negatywnie.
Nie chodzi tu o „abstrakcyjną" przyrodę. Tuż obok, w obszarze Natura 2000 „Stawy w Żabieńcu" i w Chojnowskim Parku Krajobrazowym, żyje traszka grzebieniasta - płaz ściśle chroniony, wpisany do Załącznika II Dyrektywy Siedliskowej, dla którego ochrony te obszary w dużej mierze powołano. Państwowy monitoring przyrodniczy GIOŚ ocenił ogólny stan ochrony tego gatunku w skali kraju jako niezadowalający (U1) lub zły (U2) na 85% stanowisk - właściwy zaledwie na 14%. W samych „Stawach w Żabieńcu" jedno z trzech badanych stanowisk dostało najgorszą z możliwych not. A traszka to zwierzę o nocnym trybie życia, którego rozród zależy od spokoju przy zbiorniku - wśród głównych zagrożeń monitoring wymienia ścieki, zanieczyszczenia i presję człowieka. Trudno o gorsze sąsiedztwo dla takiego gatunku niż wielogodzinny festiwal z nagłośnieniem 100 dB nad samą wodą.
Warto zauważyć, że nie jest to teren, który dopiero teraz znalazł się pod presją - problemy z traszką są tu starsze niż sama Planeta Zalesie. Już dane sprzed kilkunastu lat pokazywały gatunek w odwrocie, zanim ktokolwiek postawił nad wodą pierwszy głośnik. Trudno uznać, by dwu- czy trzydniowe koncerty muzyki techno - z niskimi tonami i basami, które niosą się po wodzie i w głąb lasu - w czymkolwiek tej i tak słabnącej populacji pomogły. A jednak przez te wszystkie lata zarządca terenu, Nadleśnictwo Chojnów, nie zlecił żadnego aktualnego przeglądu ekologicznego tego obszaru. Bo traszki nie składają petycji, że jest im za głośno.
Do tego ignorowani są mieszkańcy, którzy mimo, że mieszkają około kilometra od Planety Zalesie są przymusowymi uczestnikami imprez, zostają odprawiani z kwitkiem kiedy chcą walczyć nie tylko o własny spokój, ale również dobrostan polskiej przyrody. Wychodzi na to, że dobro wspólne dla niektórych urzędników jest opacznie interpretowane, a las – bądź co bądź - wszystkich Polaków pracuje na zysk kilku wybranych.
Lasy Państwowe lubią mówić, że są dobrem narodowym. I faktycznie są - te 31 hektarów lasu w Zalesiu Górnym to zasób środowiskowy dla każdej Polki i każdego Polaka, tak samo jak doliny Rzeki Małej i Lasy Komorowskie. W Polsce mamy też instytucje, by tych terenów strzegły - zwłaszcza kiedy są one objęte ochroną.
Tymczasem z dokumentów wyłania się obraz instytucji, która z piłą wchodzi tam, gdzie sama ustanowiła ochronę, odrzuca dialog z lokalną społecznością, nie reaguje na łamanie prawa na własnym terenie - ale za to potrafi obniżyć czynsz za las pod Warszawą do 54 zł miesięcznie za hektar. Parafrazując hasła często widoczne w memach: „Może i Nadleśnictwo Chojnów pozwala łamać prawo i niszczyć chronione siedliska - ale przynajmniej oddaje ten las za pół darmo". Bo na końcu tej historii nie ma ani pieniędzy na naprawę siedlisk, które obrywają przez tę działalność, ani egzekwowania zakazu z Prawa ochrony środowiska. Jest za to śmieszna cena za hektar i nazwać pytanie o te pieniądze i gospodarowanie publicznym majątkiem - „ciekawością”.
My nie pytamy z wścibskości. Pytamy, bo na 31 hektarach lasu Skarbu Państwa od lat łamane jest prawo. Pytamy, bo degradowane ekosystemy nie zgłaszają petycji. Pytamy do naruszane są dobra osobiste mieszkańców. Pytamy, bo nikt inny nie pyta.

