Nie wiedzą, co robią. UPRO8, czyli jak PSL gotów jest poświęcić polską przyrodę dla widma kilku głosów

"Dziś pionierzy, jutro liderzy" - Polska może się rozwijać bez kosztów zdrowotnych i środowiskowych.

PRZECZYTAJ NASZE STANOWISKO EKSPERCKIE WOBEC PROJEKTU

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi przygotowuje ustawę (projekt UPRO8), która ma wyłączyć działalność rolniczą spod ochrony przed hałasem – a także przed odorami – tworząc w Kodeksie cywilnym domniemanie, że immisje rolnicze „nie zakłócają ponad przeciętną miarę”. Zapytaliśmy resort o dane, analizy i badania, na których oparto ten projekt. Odpowiedź z 20 kwietnia 2026 r. (znak DTS.sps.0182.2.2026) jest miażdżąca – dla samego projektu i dla MRiRW.

Na 31 pytań o twarde dowody resort nie przedstawił ani jednego. Nie wie, ilu rolników jest pozywanych. Nie wie, ile mandatów nałożono. Nie zlecił żadnej analizy zdrowotnej ani konstytucyjnej. A mimo to chce chronić rolników przed problemem, którego nie badał, nie mierzył – czyli którym się nie interesował.

Ale po kolei.

Chronią przed problemem, którego nie policzyli

W trybie dostępu do informacji publicznej zadaliśmy Ministerstwu proste pytania. Ile pozwów cywilnych o immisje (art. 144 KC) wniesiono przeciwko rolnikom w latach 2019–2025? Ile mandatów z art. 51 Kodeksu wykroczeń nałożono za hałas z prac rolnych? Ile zapadło niekorzystnych dla rolników wyroków?

Odpowiedź resortu brzmi dosłownie: „MRiRW nie dysponuje wskazanymi danymi liczbowymi w podanych latach”.

To nie jest drobiazg proceduralny. To fundament. Ustawodawca, który chce ograniczyć konstytucyjne prawa milionów mieszkańców wsi, nie posiada danych, które by pokazały, że problem realnie istnieje i ma istotną skalę. Bez liczb nie da się przeprowadzić testu proporcjonalności wymaganego przez art. 31 ust. 3 Konstytucji RP – bo nie sposób ocenić, czy ograniczenie praw jest „konieczne”, skoro nie wiadomo, jak duży (jeśli w ogóle) jest problem, który ma je uzasadniać.

Najbardziej wymowne jest to, że projektodawca sam przyznaje, iż działania mają być prowadzone „bez względu na aktualną liczbę pozwów”. Trudno o wyraźniejsze przyznanie, że skala problemu może być nieistotna – a interwencja legislacyjna jest motywowana czymś innym niż fakty i merytoryka.

Odpowiedź-klucz: „nie posiadamy”

Brak wspomnianych wyżej danych to nie wyjątek – to reguła całej odpowiedzi. Resort przyznał, że NIE zlecił i NIE posiada:

  • analiz poziomów hałasu generowanego przez maszyny rolnicze i zasięgu ich oddziaływania,
  • analiz wpływu hałasu rolniczego na zdrowie mieszkańców wsi (choroby serca, sen, rozwój dzieci),
  • analizy zgodności projektu z Konstytucją RP (art. 38, 47, 64, 68, 74),
  • testu proporcjonalności z art. 31 ust. 3 Konstytucji,
  • analizy zgodności z dyrektywą 2002/49/WE i ryzyka kar z art. 260 TFUE,
  • analizy wpływu na obszary Natura 2000 i na populacje zapylaczy.

Innymi słowy: dokument, który ma znieść ochronę przed hałasem, powstał bez jednej strony analizy, czym ten hałas grozi. W całej Ocenie Skutków Regulacji – ponad 32 000 znaków – nie pada ani jedno zdanie o wpływie hałasu na zdrowie człowieka. Ani słowa o WHO, o Europejskiej Agencji Środowiska, o tysiącach przedwczesnych zgonów rocznie z powodu hałasu. Rubrykę o wpływie na środowisko i zdrowie zostawiono z adnotacją „nie zaznaczono”, a wpływ finansowy na rodziny i obywateli oszacowano na 0 zł w perspektywie 10 lat.

Argumenty obrony, które obalają same siebie

Resort na koniec pisma broni się trzema tezami. Każda pęka przy pierwszym dotknięciu logiki.

„Projekt nie zmienia norm hałasu.”

Technicznie – prawda. Praktycznie – to sedno problemu. Projekt nie rusza norm w decybelach, tylko czyni je niewykonalnymi. Domniemanie z nowego art. 144¹ KC sprawia, że normy z planów miejscowych i z Prawa ochrony środowiska nadal figurują na papierze, ale przestają kogokolwiek chronić. To jak zostawić na drzwiach zamek, a jednocześnie ustawowo zakazać go używać: kłódka wisi, klucz pasuje, ale prawo mówi, że nie wolno przekręcić. Ochrona istnieje wyłącznie jako dekoracja.

„Oświadczenie nabywcy nie jest zrzeczeniem się praw.”

Jeśli oświadczenie naprawdę „niczego nie zmienia” – to po co znalazło się w projekcie? W rzeczywistości działa jako dowód świadomej akceptacji immisji, który osłabia pozycję mieszkańca w sądzie. Konstrukcja przypomina „prawo do szkodzenia” w wydaniu amerykańskich right-to-farm laws: najpierw ustawa daje emitentowi immunitet, a potem od poszkodowanego żąda się podpisu, że „wiedział, na co się pisze”. Tyle że nabywca nie wie, na co się godzi. Podpisuje oświadczenie w chwili zakupu, patrząc na spokojne pole za płotem. A rok później sąsiada wykupuje duży przemysł i za ogrodzeniem staje ferma na 30 000 brojlerów z wentylacją pracującą całą dobę. Oświadczenie zostaje w mocy – mimo że dotyczyło zupełnie innej rzeczywistości. Do tego prawa do ochrony zdrowia i środowiska (art. 68 i 74 Konstytucji) są niezbywalne – nie można się ich zrzec podpisem u notariusza, nawet gdyby ktoś chciał.

„Celem nie jest bezkarność rolników.”

Deklaracja intencji to nie analiza skutków. Cel jest jedno, a skutek art. 51 § 4 KW – drugie: realne wyłączenie karalności za zakłócanie spoczynku nocnego. Sam resort przyznaje przy tym, że „zasady prawidłowej gospodarki rolnej” – jedyna granica ochrony – nie są nigdzie skodyfikowane i mają charakter „klauzuli generalnej”. Oznacza to, że mieszkaniec, chcąc dochodzić swoich praw, musiałby udowodnić naruszenie czegoś, czego nikt nie zdefiniował. Ciężar dowodu spoczywa na nim, koszt biegłych z zakresu rolnictwa i akustyki potrafi przewyższyć wartość nieruchomości, a punkt odniesienia po prostu nie istnieje. To nie jest „brak bezkarności” – to bezkarność ubrana w nieostrą klauzulę, której w praktyce nie da się przełamać.

Fatalna arytmetyka polityczna

Dlaczego resort rolnictwa forsuje projekt, którego nie potrafi obronić danymi? Warto spojrzeć na sondaże. Wiosną 2026 r. Polskie Stronnictwo Ludowe balansuje na granicy politycznego bytu: w badaniu United Surveys z 29 marca 2026 r. PSL uzyskało 5,5%, w sondażu IBRiS z połowy marca – 4,8%, a w badaniu Ipsos z lutego – zaledwie 2%. Próg wyborczy maleje na horyzoncie każdego miesiąca…

Partia, która historycznie definiowała się jako obrończyni wsi i ziemi, stoi dziś przed widmem wypadnięcia z parlamentu. I oto pojawia się projekt, który – zamiast rozwiązywać realny problem – wygląda jak gest wobec konkretnej grupy interesu: organizacji branżowych przemysłu mięsnego, na których raport resort się powołuje. Projekt skierowano do 84 podmiotów, z czego 46 to organizacje rolnicze i branżowe. Na liście nie znalazła się ani jedna organizacja zajmująca się ochroną środowiska, zdrowiem publicznym, ochroną zapylaczy czy hałasem. Nie zapytano ani jednego mieszkańca wsi, który cierpi z powodu immisji. Nie włączono Ministerstwa Zdrowia, Rzecznika Praw Obywatelskich ani Rzecznika Praw Dziecka.

Trzeba to nazwać wprost: to nie były konsultacje. To zapytanie przedsiębiorcy, czy chce wydawać pieniądze na ochronę środowiska i na izolację emitowanego hałasu i odorów. Odpowiedź każdego, kto liczy koszty, jest z góry znana – jeśli ktoś pozwoli mu nie dbać o własne immisje, to on nie będzie dbał. I tyle. Tylko po co nam wtedy w ogóle Prawo ochrony środowiska?

I tu rzecz, o której się nie mówi: ustawa ma znieść możliwość skarg nie tylko na hałas, ale i na odory. A odory – celowo mówimy „odory”, nie „zapachy” – bywają sygnałem ostrzegawczym. To po zapachu można było dotąd zorientować się, że w sąsiedztwie stosuje się bardzo dużą ilość pestycydów czy środków chemicznych. Odor pełnił funkcję darmowego, naturalnego czujnika. Po wejściu ustawy nikt już nie weźmie tego pod uwagę – problem zniknie nie dlatego, że go rozwiązano, lecz dlatego, że nie będzie już sensu o tym mówić.

To nie jest polityka dbania o wieś, ani tym bardziej o państwo w ogóle. To polityka przetrwania jednej partii – prowadzona kosztem zdrowia mieszkańców wsi, w tym dzieci samych rolników, i kosztem przyrody, którą te same immisje niszczą. Badania pokazują to czarno na białym: przy wzroście hałasu z 50 do 75 dB produkcja miodu spada o 38%, zbieranie pyłku o 94%, a rozwój czerwiu – przyszłego pokolenia pszczół – o 70%. Maszyny rolnicze pracują dokładnie w paśmie 200–300 Hz, w którym pszczoły się komunikują. Ustawa deklarująca ochronę bezpieczeństwa żywnościowego jednocześnie wyłącza spod kontroli czynniki niszczące zapylacze, od których zależy 75% tego bezpieczeństwa. To systemowe zaprzeczenie samo sobie.

Efekt domina: to już się dzieje

Znamy ten mechanizm. W 2025 r. ostrzegaliśmy przy okazji projektu wyłączającego boiska i skateparki spod norm hałasu, że wyłączenie jednej kategorii otworzy drogę kolejnym. Nie minął rok, a scenariusz się ziścił: 2025 – boiska, 2026 – rolnictwo. Wtedy ustawę o sporcie przepchnięto jednogłośnie, ponad podziałami partyjnymi, a prezydent ją bezrefleksyjnie podpisał. Łatwiej udawać, że problemu nie ma, niż uchwalić prawo godzące rekreację, wypoczynek i zdrowie. Dziś ten sam schemat wraca w większej skali.

A kolejka już się ustawia. Od dawna trwa lobbing branży lotniczej, która twierdzi, że normy hałasu wokół lotnisk są „zbyt rygorystyczne”, i otwarcie zapowiada, że nie odpuści, dopóki norm się nie poluzuje. To nie jest już „efekt domina” w kontekście samego hałasu – to rozmontowywanie całego Prawa ochrony środowiska, kawałek po kawałku. Bo skoro można wyjąć spod kontroli to, co wpada nam do uszu, to dlaczego nie inne elementy, które docierają do naszych organizmów? Skoro wszystko jedno, czego słuchamy, to może wszystko jedno, co piją, jedzą, czym oddychają Polki i Polacy?

Witos by tego nie podpisał

Wincenty Witos, trzykrotny premier i najważniejsza postać polskiego ruchu ludowego, zostawił swoim politycznym spadkobiercom prostą dewizę: „Prawdę mówić! Prawdą się kierować! Prawdy żądać! Prawdy dochodzić!”. Projekt UPRO8 jest jej dokładnym zaprzeczeniem – powstał bez prawdy o danych, bez prawdy o zdrowiu, bez prawdy o skali problemu.

Witos pisał, że „Chłop zachował w najgorszych chwilach ziemię, religię i narodowość” – i że to właśnie te wartości, z ziemią na czele, dały podstawę do odbudowy państwa. Ziemia była dla niego świętością, nie towarem do zagłuszenia i zatrucia. Dziś partia, która nosi jego dziedzictwo na sztandarach, gotowa jest wyłączyć tę ziemię spod ochrony przed hałasem, odorami i degradacją – w zamian za widmo kilku procent poparcia.

To gorzki paradoks. Witos powtarzał, że „interes partii nigdy nie powinien być postawiony ponad interesem narodu” – i sam siedział w więzieniu, i szedł na emigrację, za wierność tej zasadzie. Jego następcy gotowi są ją sprzedać za miejsce w Sejmie. Człowiek, który uczył, że prawdy trzeba „dochodzić”, nie podpisałby ustawy, która prawdę o hałasie, odorach i chorobach każe przemilczeć.

A rozwiązania istnieją – wystarczy chcieć

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że problem da się rozwiązać uczciwie. Godzenie interesów rolnictwa i zdrowia publicznego jest możliwe – wymaga tylko odpowiedzialności, woli pracy i odrobiny pomyślunku, a nie ustawowego zamiatania sprawy pod dywan.

Zamiast bezwarunkowego, całorocznego wyłączenia dla wszystkich – łącznie z przemysłem rolnym – można wprowadzić rozwiązania proporcjonalne:

  • ściśle określone okresy większego luzu (żniwa, siewy), a nie 365 dni w roku, 24 godziny na dobę,
  • ochronę dla pojedynczego rolnika wykonującego sezonowe prace polowe – nie dla przemysłowej fermy pracującej bez przerwy,
  • zamknięty katalog konkretnych czynności objętych wyjątkiem, zamiast ogólnikowej „działalności rolniczej”,
  • obowiązek uprzedniego informowania sąsiadów o planowanych pracach nocnych,
  • strefy buforowe i lepsze planowanie przestrzenne, które zapobiegają konfliktom, zamiast legalizować ich skutki.

Da się jednocześnie chronić bezpieczeństwo żywnościowe, pracę rolnika i podstawowe prawa człowieka. Trzeba tylko myśleć – a nie być politycznym leniem, który boi się, że nie utrzyma ciepłej posady przez kolejne cztery lata, w rządzie czy w opozycji. Rolnik nie jest naszym przeciwnikiem. Naszym przeciwnikiem jest legislacyjne lenistwo, które udaje troskę o wieś, a w istocie oddaje ją przemysłowi.

Materiały źródłowe

Pełne stanowisko eksperckie Instytutu Ekologii Akustycznej wobec projektu UPRO8 oraz szczegółowa tabela 55 uwag (wraz z propozycjami zmian) dostępne są tutaj:

Chcesz być powiadamiany na bieżąco o naszych inicjatywach? Zapisz się do newslettera.

Alan Grinde

Społecznik od ponad 30 lat. Założyciel fundacji ORION Organizacja Społeczna oraz Fundacji Techya. Edukator z zakresu hałasu, praw człowieka, przemocy i zdrowia publicznego. Specjalista w zakresie nowych technologii, sztucznej inteligencji oraz projektowania graficznego. Inicjator kampanii "Niewidzialna ręka przemocy" oraz "Wiele hałasu o hałas".
Instytut Ekologii Akustycznej
Dionizosa 7B lokal U1
03-142 Warszawa
[NOWY] Email:
ekologia.akustyczna@proton.me
KRS: 0000499971
NIP: 7123285593
REGON: 061657570
Konto. Nest Bank:
92 2530 0008 2041 1071 3655 0001
Wszystkie treści publikowane w serwisie są udostępniane na licencji Creative Commons: uznanie autorstwa - użycie niekomercyjne - bez utworów zależnych 4.0 Polska (CC BY-NC-ND 4.0 PL), o ile nie jest to stwierdzone inaczej.